Nasuwa się zasadnicze pytanie, które często pojawia się w wypadku polskich sondaży – na ile one są prawdziwe?

Oglądając wieczór wyborczy w jednej z polskojęzycznych telewizji, podano pierwszy sondaż (Homo Homini z godz. 19:30), w którym różnica pomiędzy dwoma faworytami była wręcz duża – rzędu 14% różnica! Czy to prawda jest ciężko powiedzieć. Jednak w świetle innych sondaży, np. OBOP owa różnica wynosi tylko 4,5%. Nasuwa się zasadnicze pytanie, które często pojawia się w wypadku polskich sondaży – na ile one są prawdziwe?

Gdy ujrzałem pierwszy sondaż jak zapewne większość mógłbym pomyśleć, że Jarosław Kaczyński nie ma szans. Jednak moje zawodowe zboczenie, nie pozwala mi myśleć jak przeciętny Kowalski czy Nowak. Nie to żebym się wywyższał, ale pamiętajmy, że to tylko sondaże. Kolejna kwestia, to tak duży rozrzut, pomiędzy różnymi ośrodkami badań opinii społecznej. Zbyt duży nawet jak na polskie realia.

Jak już wspomniałem, istnieje coś takiego jak medialna sugestywność, która w pewien niewidoczny sposób kształtuje nasze myślenie. Taki sobie leming, oglądając pierwszy sondaż, był przekonany że Komorowski powalił Kaczyńskiego. Jednak po pierwsze, sondaży jest wiele z dużymi różnicami. Wobec czego, jest wysoce prawdopodobne, że ta różnica może faktycznie wynieść pomiędzy 7 a 5 procent, co pozostaje przecież do odrobienia.

Następnie, należy dodać, iż “król sondaży”, którym był Komorowski, niewątpliwie traci, w OBOPie ma tylko 40%! Więc ma się czego bać i jeszcze nie jest nic pewne. Oczywiście PO zdaje sobie z tego świetnie sprawę, stąd te umizgi do Pawlaka czy Napieralskiego. W wypadku Napieralskiego należy zwrócić uwagę na dość młody elektorat (komentatorzy w TVP się na to powoływali). Szkoda, że nie mam dokładnych danych, aby móc się lepiej do tego odnieść.

Nie chcę rzucać haseł typu, że jak wygra Komorowski, to będzie w Polsce faszyzm czy inny reżim. Nie będę się zniżać do tego poziomu debaty. Pragnę jednak wyrazić stanowisko, że bardziej odpowiada mi wizja Polski w wydaniu Pana Jarosława Kaczyńskiego i ze swojej strony zrobię wszystko co możliwe (w granicach prawa), aby się do jego wyboru przyczynić.

Martwi mnie jednak, że Polacy ze ściany wschodniej (na podst. danych z PKW o frekwencji do godz. 17) w tak niewielkim stopniu biorą udział w wyborach. Przecież to właśnie głównie o nich toczy się ta kampania, czy owe regiony mają stać się pustą prowincją czy też nie. To mnie w tym wszystkim smuci najbardziej: ci którym powinno najbardziej zależeć, bywają obojętni.

Dalsza kwestia, to fakt, że do narzekania będą wszyscy chętni. A trzeba by było zapytać każdego, gdzie byli w dniu wyborów? Czy nie byli obojętni? Mamy prawo wymagać, ale wymagajmy przede wszystkim od siebie. Aby suche sondaże nie pozbawiły nas samodzielnego myślenia. Nie dajmy się im zwariować. Głosujmy tak jak nam nakazuje serce.

Dlatego należy mieć nadzieję i nie polec w medialnym ogłupianiu. I zrobić swoje, wtedy kiedy będzie trzeba – 4. lipca. Może się okazać, że stanie się to nasze święto niepodległości względem platformianych elit. Następnie wielu wyborców, po obu stronach zdawało sobie sprawę, iż druga tura nadejdzie. Dlatego spokojnie i wygodnie zostali w domach. Należy mieć nadzieję, że my swój obowiązek wypełnimy i nie zawiedziemy.